Martin poprawił okulary i opierając się na lasce, pochylił się nad basenem. Dwa szaro-granatowe wielkie homary ze szczypcami skrępowanymi czerwonymi gumkami siedziały na dnie. Poruszały tylko nerwowo czułkami, jakby wiedziały, jaki czeka je los.
– Piękne okazy! Pewnie są tak stare jak ja – rzucił z przekąsem Martin. – Chyba już na nie czas…
– Dorodne samce. Mocne pancerze i oba leworęczne. Dam ci dobrą cenę. Bierzesz?
– Biorę – odparł zdecydowanie Martin, chociaż wiedział, że Hasan weźmie od niego jak od bogatego biznesmena i dużo więcej, niż o tej porze roku zapłaciliby restauratorzy. Chciał jednak zrobić przyjemność Raymondowi, i sobie też. Cena nie miała znaczenia. Tylko taki homar może godnie uczcić zakończenie pandemii i żałobę Raymonda, pomyślał.
– Masz odpowiedni garnek? – zapytał Hasan. – Duży jest ten zbój.
– Mam. Przygotuj go, żeby wytrzymał do wieczora. Miękkie są czy twarde?
– Twarde, mówiłem, wytrzyma dłużej. Dam ci pojemnik, oddasz go następnym razem. Pamiętaj, żeby homara zahibernować wcześniej. Mogę go też dla ciebie zabić, jeśli chcesz.