W pierwszym momencie nie może uwierzyć, ale prowadzący powtarza jej nazwisko i wreszcie dociera do niej, że to prawda. Sen się ziścił. Źrenice rozszerzają się gwałtownie, a w żyłach zdaje się krążyć czyste szczęście. Chciałaby skakać z radości, wyciągnąć triumfalnie ręce w górę lub po prostu paść na kolana i dziękować Bogu. Ale nie może. Przeszkolili ją, jak się ma zachować, kiedy nastąpi ta chwila. Dlatego uśmiecha się odrobinę szerzej niż zwykle i macha dłonią do rozentuzjazmowanego tłumu, który wyje w ciemności.
Wszystkie reflektory wybuchają światłem i kierują się na nią. Jest przerażona. Pot spływa już nie tylko po jej plecach, ale także po biuście, brzuchu, pachwinach, głowie, na którą ktoś założył niepostrzeżenie ciężką, rozgrzaną koronę.
To piecze, to piecze! – chce krzyczeć, ale wie, że nie może. Dalej macha radośnie dłonią. Zgaście reflektory – błaga w myślach. Dzieje się coś złego. To nie powinno tak wyglądać...
Promienie lamp nadal parzą jej ciało.
Otworzyła oczy i podniosła się gwałtownie, uderzając głową o coś miękkiego. Oddychała ciężko. To był sen – uświadomiła sobie. Tylko sen.