Z jednej strony zdawało się jej, że to, co robi, jest beznadziejnym marnowaniem ostatnich chwil życia na udawanie, że ma jeszcze jakąś szansę na ratunek. Powinna przestać się bać, zamknąć oczy i po prostu czekać, aż zaśnie po raz ostatni. Tak by było łatwiej. Ale z drugiej strony w głowie wciąż słyszała głos, który zawsze dawał jej nadzieję, tak jak wtedy, gdy kilka lat temu wcale nie udało się jej wygrać konkursu Miss Polonia, ale mimo to nie wróciła do rodzinnej wsi, by pogrążyć się w rozpaczy; głos, który mówił, że Klaudia Klau może w życiu upadać, ale zawsze się podnosi. Teraz też się podniesie i nie umrze w tej garderobie, uwędzona trującym dymem.
Przejechała językiem po suchym podniebieniu.
Już wiedziała, co musi zrobić. Zrzuciła odzież i upchnęła ją stopą w szparze między drzwiami a podłogą, żeby odciąć dopływ dymu. Oceniała, że to powinno dać jej kilkadziesiąt sekund. Potem chwyciła za drążek, na którym wisiały ubrania. Szarpnęła raz i drugi. Uwiesiła się na nim. Poczuła, że śruby pękają, a ona sama spada na dół. Wyrwała ze ściany jedną końcówkę.
Odetchnęła, żeby nabrać sił.