Palcami wymacała w drzwiach miejsce, w którym znajdował się zamek, a tuż obok wydrążony otwór – na tyle duży, że wyczuła mechanizm zasuwy. Musiała pracować nad nim od dłuższego czasu, chociaż niewiele z tego pamiętała.
Zakręciło się jej w głowie. Z trudem łapała każdy kolejny oddech. W pomieszczeniu było coraz mniej tlenu, a coraz więcej dwutlenku węgla. Zrozumiała, że zapewne szybciej się udusi, niż dotrą do niej płomienie.
Wrzasnęła w ciemność, a po policzkach spłynęły jej łzy. Skup się, skup! – krzyczała do siebie w myślach, jednocześnie uderzając łyżką o drzwi. Nie pomagało.
Drzwi były grube, solidne i mocne. Może udałoby się wcześniej, kiedy miała więcej sił, ale nie teraz, kiedy ociężałe ramiona z trudem wykonywały najmniejszy ruch.
Wbiła łyżkę do butów w dziurę pomiędzy framugą a zamkiem i spróbowała użyć jej jako łomu. Łyżka tylko się zgięła pod ciężarem ciała, a kobieta uderzyła twarzą o drzwi i padła na kolana.
Na dole było jakby cieplej. I bardziej duszno. Śmierdziało spalenizną. Ale poczuła się tu przyjemnie. Jej powieki opadły same – jak ciężkie aksamitne kurtyny.
Wzdrygnęła się.
Czy usnęła? Ile czasu mogła stracić?