Nie mógł zresztą obecnie cieszyć się chwilą, nie dane mu było zmrużyć oczu pieszczonych przez słońce, nie docierał do niego śpiew ptaków, które od wczesnego świtu rozpoczęły swój koncert. Nie mógł, gdyż jego głowa znajdowała się pod wodą i to bynajmniej nie na własne życzenie. Drozdowski widział tylko mętną, zieloną wodę i rozpaczliwie walczył o oddech, za wszelką cenę chciał zaczerpnąć powietrza, w czym przeszkadzała mu umięśniona ręka niejakiego Darka. Po prostu Darka, bo ochroniarze znanych osób najczęściej mają tylko imiona, a nie wręczają wizytówek i nie snują opowieści przy ognisku, aby inni mogli się o nich czegoś dowiedzieć.
W pewnym momencie ochroniarz chwycił nieszczęsną ofiarę za włosy i wyciągnął na powierzchnię. Drozdowski jednocześnie pluł, parskał, klął i łapał oddech.
– Janek, no co ty – odezwał się jego przyjaciel, Staszek Stadnicki, siedzący na fotelu wędkarskim i wpatrujący się z uwagą w wędki i uwieszone przy żyłkach „ping pongi” sygnalizujące branie. – Karpia płoszysz.
– Przepraszam, Stasiu – odpowiedział wiceminister, gdy już nieco uspokoił mu się oddech. – Ale mnie tu, kurwa, mordują, topią.