– Oj tam, od razu mordują. Kto tu mówi o morderstwie? Po prostu rozmawiamy.
– To jest rozmowa?
– Zawsze najlepiej gadało nam się na rybach – powiedział Stadnicki, zapalając fajkę. – Ile to już lat jeździmy? Ile to będzie?
– A z pięćdziesiąt – odpowiedział Drozdowski. – Zaczynaliśmy za szczeniaka.
– No tak. Z pięćdziesiąt. Człowiek nie umiał haczyka zawiązać, robaki kopaliśmy za chałupą. No i widzisz, Janek, takie piękne wspomnienia, pięćdziesiąt lat znajomości i wszystko psu w dupę.
– Stasiu, ale ja...
– Janek! – przerwał mu Stadnicki, odwracając wzrok od wędek i wpatrując się uważnie w przyjaciela. – Nie pierdol!
W tym momencie wiceminister Drozdowski uświadomił sobie, że Stadnicki nie żartuje. Klął niezwykle rzadko, prawie nigdy, a jeśli do tego dochodziło, to musiała być poważna sprawa.
– Ktoś, i jak zakładam, wiesz kto – mówił powoli Stadnicki – chce mnie zabić. Wynajęto człowieka, niby specjalistę. Takiego, co to na amerykańskich filmach lata z karabinem snajperskim i strzela ofiarom w łeb. No to powiedz mi: kto, dlaczego i kogo wynajął? Co tu będziemy marzli, śniadanie we dworze czeka, jajeczka, kawusia, tak jak lubisz.
– A jak nie wiem, jak nie powiem, to co mi zrobisz?