Spojrzałam na Matogę, szukając u niego jakiegoś pocieszenia, ale on zajął się już ścieleniem rozgrzebanego łóżka, barłogu na zdezelowanej wersalce, więc próbowałam pocieszyć się w myślach sama. Przyszło mi wtedy do głowy, że śmierć Wielkiej Stopy mogła być w pewnym sensie czymś dobrym. Uwolniła go od bałaganu, którym było jego życie. Oraz uwolniła inne żywe Istoty od niego. O, tak, nagle zdałam sobie sprawę, jak dobra może być śmierć, jak sprawiedliwa, niczym środek odkażający, niczym odkurzacz. Przyznaję, tak pomyślałam, i właściwie nadal tak myślę.
Był moim sąsiadem, nasze domy dzieliło nie więcej niż pół kilometra, ale rzadko miałam do czynienia z Wielką Stopą. Na szczęście. Widywałam go raczej z daleka – jego drobna, żylasta figura, zawsze nieco chwiejna, przesuwała się na tle krajobrazu. Chodząc, mamrotał coś do siebie i czasami wietrzna akustyka Płaskowyżu donosiła mi strzępki tego monologu, w gruncie rzeczy prostego i nieurozmaiconego. Jego słownik składał się głównie z przekleństw, do których doczepiał tylko imiona własne.