Żeby mu wciągnąć marynarkę, Matoga uniósł go do pozycji siedzącej i wtedy ujrzeliśmy, że duży, spuchnięty język coś w ustach przytrzymuje, więc po chwili wahania, zagryzając ze wstrętu zęby i cofając raz po raz rękę, delikatnie chwyciłam to coś za koniuszek i zobaczyłam, że trzymam między palcami kosteczkę, długą i cienką, ostrą jak sztylet. Z martwych ust wydobyły się gardłowy bulgot i powietrze, cichy świst, który całkiem przypominał westchnienie. Odskoczyliśmy od zmarłego oboje i zapewne Matoga czuł to samo co ja: Grozę. Zwłaszcza że za chwilę pojawiła się w ustach Wielkiej Stopy ciemnoczerwona, prawie czarna krew. Złowieszczy strumyczek, który wypłynął na zewnątrz.
Znieruchomieliśmy, przerażeni.
– No cóż – powiedział wtedy Matoga drżącym głosem – udławił się. Udławił się kością. Kość stanęła mu w gardle, zatrzymała mu się kość w gardle, udławił się – powtarzał nerwowo. A potem, jakby uspokajając sam siebie, rzucił: – Do roboty. Nie jest to przyjemność, ale nie zawsze obowiązki wobec bliźnich muszą być przyjemne.
Widziałam, że mianował siebie kierownikiem tej nocnej zmiany, i podporządkowałam mu się.