Całkowicie oddaliśmy się teraz niewdzięcznej pracy, żeby Wielką Stopę wcisnąć w kawowy garnitur i ułożyć w godnej pozycji. Dawno nie dotykałam żadnego obcego ciała, nie mówiąc już o martwym. Czułam, jak z każdą chwilą wpływa w nie bezruch, jak kamienieje z minuty na minutę; dlatego tak się spieszyliśmy. I kiedy Wielka Stopa leżał już w odświętnym garniturze, jego twarz straciła wreszcie ludzki wyraz, stał się trupem, bez żadnych wątpliwości. Tylko wskazujący palec prawej ręki nie chciał się podporządkować tradycyjnej pozycji grzecznie splecionych dłoni, lecz unosił się w górę, jakby chciał tym przyciągnąć naszą uwagę i zatrzymać na chwilę nasze nerwowe, pospieszne wysiłki. – A teraz uważajcie! – mówił ten palec. – Teraz uważajcie, bo oto jest coś, czego nie widzicie, istotny początkowy punkt ukrytego przed wami procesu, godny najwyższej uwagi. Dzięki niemu wszyscy znaleźliśmy się w tym miejscu i czasie, w małym domku na Płaskowyżu, wśród śniegu i Nocy. Ja jako martwe ciało, wy zaś jako niezbyt ważne, podstarzałe ludzkie Istoty. Ale to dopiero początek. Teraz dopiero wszystko zaczyna się dziać.