Tego się nie spodziewał. Wcześniej przy podobnych sytuacjach mieli szczęście, jeśli komórka poszukiwanej w górach osoby znalazła się w zasięgu jednej stacji bazowej. Pokrywały one obszar kilkunastu kilometrów, miały krycie na jakieś sto dwadzieścia stopni – w rezultacie obsługiwały połowę Tatr, więc zazwyczaj dało się stwierdzić jedynie, czy turysta zaginął w Wysokich, czy Zachodnich. Komórki działały tutaj głównie dzięki repeaterom, które przekazywały sygnał do stacji, a na tej podstawie nie sposób było ustalić lokalizacji.
– Jakim cudem?
– Odezwaliśmy się do Słowaków – wyjaśnił rozmówca. – Komórka łączyła się z dwoma BTS-ami po ich stronie.
Głos technika powinien być przepełniony entuzjazmem, tak jednak nie brzmiał.
– Ale? – zapytał Forst.
– Teren i tak jest dość rozległy.
Wiktor westchnął. Przez moment uwierzył w to, że uda się choćby zawęzić obszar poszukiwań.
– Miała włączoną komórkę w okolicy Jarząbczych Szałasisk – dodał rozmówca.
– Gdzie to jest?
– Tam, gdzie kończy się żółty szlak.
Papieski. A zatem wciąż nie było wiadomo, czy poszła dalej czerwonym na Trzydniowiański Wierch.
– Potem albo komórka jej się rozładowała, albo dziewczyna ją wyłączyła.