Opublikowałeś tekst Jak być flanerem – o zwyczajach miejskiego spacerowania, wałęsania się i ich miejscu w literaturze. Trochę krytykowano cię za kwestionowanie tego, czy w ogóle istnieje ktoś taki jak „flanerka”. Uważałeś, że kobieta nie może chodzić po ulicach w tym samym duchu i celu co mężczyzna. Spacerowiczka nieustannie napotyka przeszkody: spojrzenia, komentarze, gwizdy, zaczepki. Kobieta zawsze musi być czujna. Czy ten facet nie idzie zbyt blisko? Czy tamten mnie śledzi? Jak wtedy wyciszyć się wystarczająco, by zatracić poczucie siebie i doświadczyć radości czystego istnienia, czyli ideału prawdziwego flanerstwa?
Twierdziłeś więc, że dla kobiety jego ekwiwalentem jest prawdopodobnie robienie zakupów – szczególnie ten rodzaj poszukiwań, kiedy w ogóle nie zamierzasz niczego kupić.
Uważałam, że twoje opinie wcale nie są błędne – znam mnóstwo kobiet, które długo zbierają się za każdym razem, gdy muszą wyjść z domu, i kilka takich, które starają się w ogóle unikać wychodzenia. Oczywiście kobieta musi tylko poczekać, aż osiągnie pewien wiek, w którym stanie się niewidzialna – i problem rozwiązany.