Moje nowe mieszkanie nie należy do dużego kompleksu. To pojedynczy budynek z opustoszałym parkingiem po jednej i sklepem spożywczym po drugiej stronie. Okno na dole zabito dyktą. Wszędzie walają się puszki po piwie, niektóre całkiem nowe, inne stare i zgniecione. Kopię na bok jedną z nich, żeby nie utkwiła w kołach mojej walizki.
Miejsce wygląda gorzej niż na zdjęciach w internecie, ale czegoś takiego się spodziewałam. Właścicielka nawet nie zapytała mnie o nazwisko, kiedy zadzwoniłam, żeby sprawdzić czy mają wolne lokale.
– Zawsze się coś znajdzie – oznajmiła. – Zabierz gotówkę. Mieszkam pod jedynką – dodała i odłożyła słuchawkę.
Pukam do jedynki. W oknie siedzi kot i gapi się na mnie. Jest tak nieruchomy, że zastanawiam się, czy to nie figurka, ale po chwili zwierzak mruga ślepiami i znika.
Drzwi się otwierają i mierzy mnie wzrokiem starsza, drobna kobiecina ze zdegustowaną miną. Ma wałki we włosach i szminkę rozmazaną pod sam nos.
– Jeśli coś sprzedajesz, niczego nie potrzebuję.
Spoglądam na ślady szminki, zwracając uwagę na to, jak rozlała się w zmarszczkach otaczających usta.
– Dzwoniłam w ubiegłym tygodniu w sprawie mieszkania. Powiedziała pani, że jakieś się znajdzie.