Chuck Lowry poczuł, jak wielki kamień spada mu z serca. Poczuł się niewiarygodnie lekki. Miał wrażenie, że jakby teraz podskoczył, afrykański wiatr mógłby go porwać na dachy pobliskich domów. Uśmiechnął się szeroko i klasnął tak głośno, że aż odpowiedziało mu echo.
– To chodźmy zobaczyć tę ptaszynę! – powiedział.
Willa znajdowała się w dobrej dzielnicy miasta, ale i tak otaczał ją wysoki biały mur, którego szczyt był broniony zwojami drutu kolczastego. Weszli przez szeroko otwartą bramę, staranowaną wcześniej opancerzonym pojazdem. Na równo ostrzyżonym trawniku Chuck zauważył dwa martwe rottweilery. Ich masywne ciała lśniły od krwi. Nawet z tej odległości Amerykanin dostrzegał liczne dziury po kulach.
Minęli bez słowa podekscytowanych ugandyjskich policjantów i weszli do środka. Tam w salonie, na marmurowej podłodze, siedziała skuta kobieta. Wysoki policjant stojący obok pokazywał na nią, dumny z siebie i swoich ludzi, jakby właśnie sprawił agentom FBI najpiękniejszy prezent gwiazdkowy. Kobieta podniosła głowę i oszołomiona spojrzała na Lowry’ego.