Rytuał
Wojciech Chmielarz — Kryminały

PRO­LOG

Po tylu la­tach to miej­sce wciąż pach­niało krwią.

Po­ja­wiał się tam tak czę­sto, jak tylko mógł. Za­wsze nocą. Prze­my­kał wśród cieni. Prze­kra­dał się po­mię­dzy szorst­kimi pniami gór­skich drzew. Jego stopy od­bi­jały się ci­cho od ka­mie­ni­stej ziemi, a zimne po­wie­trze owie­wało mu twarz. Przy­zy­wany przez tę woń, ku­szony echem ostat­niego, peł­nego prze­ra­że­nia krzyku i wspo­mnie­niem spły­wa­ją­cych po jej po­licz­kach łez.

Mi­nął ko­lejny za­kręt na krę­tej dro­dze. Po­ru­szał się z za­ska­ku­jącą dla niego sa­mego szyb­ko­ścią i świe­żo­ścią. Jakby każdy po­ko­nany metr od­mła­dzał jego ciało, a prze­strzeń i czas spla­tały się ze sobą, żeby mógł po­wró­cić nie tylko do tam­tego miej­sca, lecz także do tam­tej chwili.

Za­marł, kiedy usły­szał przed sobą głosy. Rzu­cił się w bok. Scho­wał w ciem­no­ści. Przy­warł do ziemi. I ob­ser­wo­wał. Wkrótce zo­ba­czył dwa pro­mie­nie la­ta­rek, które wę­dro­wały po ziemi, prze­śli­zgi­wały się po tra­wie, po­roz­rzu­ca­nych do­okoła gła­zach i pną­cych się pio­nowo w górę świer­kach. Wstrzy­mał od­dech, a po­tem sko­czył do przodu, zbli­ża­jąc się do in­tru­zów.