PROLOG
Po tylu latach to miejsce wciąż pachniało krwią.
Pojawiał się tam tak często, jak tylko mógł. Zawsze nocą. Przemykał wśród cieni. Przekradał się pomiędzy szorstkimi pniami górskich drzew. Jego stopy odbijały się cicho od kamienistej ziemi, a zimne powietrze owiewało mu twarz. Przyzywany przez tę woń, kuszony echem ostatniego, pełnego przerażenia krzyku i wspomnieniem spływających po jej policzkach łez.
Minął kolejny zakręt na krętej drodze. Poruszał się z zaskakującą dla niego samego szybkością i świeżością. Jakby każdy pokonany metr odmładzał jego ciało, a przestrzeń i czas splatały się ze sobą, żeby mógł powrócić nie tylko do tamtego miejsca, lecz także do tamtej chwili.
Zamarł, kiedy usłyszał przed sobą głosy. Rzucił się w bok. Schował w ciemności. Przywarł do ziemi. I obserwował. Wkrótce zobaczył dwa promienie latarek, które wędrowały po ziemi, prześlizgiwały się po trawie, porozrzucanych dookoła głazach i pnących się pionowo w górę świerkach. Wstrzymał oddech, a potem skoczył do przodu, zbliżając się do intruzów.