KOŁA SAMOLOTU wreszcie z hukiem zwaliły się na pas startowy, kończąc dwadzieścia siedem godzin podróży. Zmęczenie dawało znać o sobie na wszystkie możliwe sposoby, nawet samolot pocił się od środka.
Takie są uroki najtańszych biletów ukraińskich linii lotniczych oraz całonocnego koczowania na lotnisku w Delhi.
Za oknem przewijały się znajome widoki i znajome rysy twarzy. Stewardesa wreszcie otworzyła drzwi, do środka wtłoczył się znajomy upał.
Jestem w domu.
Oto Katmandu, stolica Nepalu. Miasto buddyjskich mnichów, masali w herbacie i żywych bogiń, którym bije się pokłony. Stolica małp, kolorowych strojów, Szerpów, yeti i hoteli trzy dolary za pokój. Miasto oświetlone płomieniami świec i lamp naftowych, które co wieczór przenosi się w dziewiętnasty wiek. Byłem już wcześniej w Katmandu i od tamtej pory wiedziałem, że muszę tu wrócić, bo to miejsce działa jak narkotyk.
To jednak nie będzie książka o Nepalu. Ani o Wietnamie, Laosie, Tajlandii, Kolumbii czy Mozambiku. To będzie książka o tym, co się dzieje, gdy pakujesz plecak i wychodzisz z domu z biletem w jedną stronę.