Prolog
Mdławe poranne światło grudniowe z trudem przenikało przez grubą warstwę chmur zalegających nad całym miastem jak warstwa brudnej waty, a potem, odbite od fasad domów po przeciwnej stronie ulicy, wpadało przez nieumyte jeszcze przed świętami szyby, by wreszcie położyć się w niewielkim wnętrzu siwoniebieską, trupią poświatą.
Było tak, jakby ze sceny namalowanej przez dawnego holenderskiego mistrza całe ciepło odpłynęło niczym krew uciekająca z twarzy człowieka, któremu poderżnięto gardło – pozostały tylko barwy stali, popiołu, starego srebra i kurzu. W tej martwocie wszakże rozgrywała się scena pełna dramatyzmu: gwałtowna szamotanina, walka o życie, która musiała się skończyć przegraną.