Uniesiony w górę tasak przez chwilę złapał srebrzynkę światła i rozbłysnął blado, by zaraz pociemnieć, opadając z impetem na głowę. Płazem. Pierwszy cios tylko ogłuszył ofiarę, ale za nim miał nastąpić kolejny – tasak znów poszedł w górę, znów złapał przez ułamek sekundy siny blask, mignął jeszcze w prędkim obrocie i znów pociemniał. Tym razem huknął prosto w odsłoniętą szyję, napiętą w uścisku przytrzymującej ją dłoni; ostrze zagłębiło się w ciele z potężną siłą, chrupnął przecinany kręgosłup, krew poleciała wąskim bryzgiem na białe kafle, po czym zaczęła spokojnie spływać, tworząc miniaturowe rzeczki i rozlewisko.
Ciało szarpało się jeszcze w przedśmiertnych konwulsjach, ale dokonywało się to gdzieś poza nim, bez udziału świadomości, bez udziału instynktu nawet; jakieś sygnały nerwowe przebiegały szaleńczo po tym ciężkim kawale mięsa – bo czymże jest pozbawione głowy ciało, jeśli nie mięsem właśnie – każąc się skurczyć temu mięśniowi, rozkurczyć tamtemu, bez ładu i składu. Niegdyś tak zgrabne, niepozbawione nawet pewnej drapieżnej urody, teraz bezgłowe, utraciło proporcje i leżało w upokorzeniu, we krwi, śluzie i oddartych łuskach.