1
Przejechała obok dużego białego domu dwukrotnie. Za trzecim razem zatrzymała auto na ulicy.
Okazała willa o półszczytowym dachu stała za parkanem z białych sztachet i żywopłotem. Otaczały ją stare drzewa o powykręcanych gałęziach. Szachownica szyb okiennych skrywała panującą w środku ciemność.
Dom był większy, niż go zapamiętała, właściwie o wiele dla niej za duży.
Ostatnio była tu dziewiętnaście lat temu i obiecała sobie wtedy, że już nigdy nie wróci. A teraz miała tu zamieszkać.
Podniosła leżącą na siedzeniu pasażera kopertę, wytrząsnęła z niej klucz. Do breloka przypięła etykietę, na której adwokat zapisał z jednej strony nazwisko jej dziadka, a z drugiej adres: „Frank Mandt. Johan Ohlsens gate, Stavern”.
Nie mogła się uwolnić od myśli, że on także trzymał kiedyś ten klucz w ręku. Nosił go w kieszeni, bawił się nim, zaciskał na nim palce.
Nie lubiła myśleć o nim jako o swoim dziadku, starała się nie używać tego słowa. W jej głowie zawsze był Starcem. Tak właśnie go pamiętała, jako starego człowieka, mimo że gdy go ostatnio widziała, nie mógł mieć więcej niż pięćdziesiąt lat. Był wysoki i potężny, miał ciemne, głęboko osadzone oczy, gęste siwe włosy i mały, zupełnie biały wąsik.