Gdy wycie wiatru przybrało na sile, to samo stało się z ich głosami, w których teraz słychać było złość. Étienne, którego dziwnie cieszyło to obrzucanie się obelgami, wyobraził sobie, że czuje zapach lawendy. Ta rozmowa zaczynała go nudzić. Na ułamek sekundy odwrócił głowę w stronę okna, by wciągnąć do płuc nocną bryzę, po czym znów spojrzał na swojego rozmówcę. Wtem usłyszał jakiś nagły dźwięk na drewnianej podłodze strychu i poczuł ręce na piersi. Gdy spadał, czuł, jak mistral owiewa jego ciało. Spojrzał w górę w okno strychu, zobaczył słabe światło swojej latarki i słyszał wiatr – nie był to świst, lecz raczej jęk. Nawet na tych kilka chwil przed śmiercią Étienne de Bremont był w stanie myśleć jedynie o tych dwóch brioszkach i o tym, że zawsze wolał je od croissantów.