Uśmiech Étienne’a de Bremont zamarł, gdy usłyszał, że ktoś otwiera drzwi głównego wejścia do château. Instynktownie przysunął się do ściany, częściowo chowając się w cieniu. Zdjął okulary do czytania i wsunął je za dekolt swetra. Sądząc po krokach, ktoś zbliżał się szybko, wbiegł po pierwszych stopniach, pokonał korytarz, drugie schody, kolejny korytarz i wspiął się po ostatnich stopniach – nie kamiennych, lecz drewnianych i węższych. Wstrzymując oddech, Étienne pomyślał, że to pewnie Jean-Claude, który musiał sobie ubzdurać, że nie może spędzić nocy poza zameczkiem. Te jego głupie rośliny za bardzo by za nim tęskniły. W chwili, gdy otworzyły się drzwi na strych, Étienne wycelował w nie latarkę. Widząc postać na progu, westchnął i powiedział:
– A ty co tu robisz?
Okiennica stukała o kamienny mur, gdy Étienne rozmawiał z nieproszonym gościem. Zerwał się mocny wiatr, który przez otwarte okno niósł ich głosy ponad sosnami i wzgórzem, i dalej, aż na pole lawendy.