Prolog
W starej kozie strzelały polana, a na zewnątrz szumiał wiatr.
Spojrzała na twarz męża. Była całkowicie pokryta sadzą. Podobnie jak szyja, kark, dłonie i ramiona. Włosy przypominały posklejane z gałązek gniazdo, a sztywna broda pędzel pokryty zaschniętą smołą. Jedyne dwa białe punkty kryły się pod krzaczastymi brwiami, które przydawały mu iście diabelskiego charakteru.
Uśmiechnęła się życzliwie, ale mężczyzna nie zareagował. Wiedziała, co to oznacza, bo znała go od lat, i nawet jeśli trudno było cokolwiek wyczytać z pokrytej skorupą twarzy, nie miała najmniejszych wątpliwości, że jego głowę zaprzątają ponure myśli. W lekko drżących tęczówkach odbijały się dwa płomyki stojącej na ławie lampy naftowej. Mężczyzna wyglądał i cuchnął, jakby wrócił z czeluści samego piekła.