Dotknęła jego czoła mokrą szmatą i starła wierzchnią warstwę sadzy. Materiał natychmiast zmienił barwę, więc umoczyła go w wiadrze z wodą, żeby wytrzeć mężowi skronie, policzki i nos. Nie oponował. Poddawał się jej woli. Siedział niemal nieruchomo, tylko od czasu do czasu nalewał sobie kieliszek samogonu. Wychylał go, po czym zastygał w tej samej pozycji i patrzył w mrok za przydymionym oknem.
– Co cię trapi, mężu? – zapytała kobieta, muskając mokrą szmatą jego mięsiste usta.
Mężczyzna uniósł wzrok. W jego tęczówkach znów zapłonął ogień z lampy naftowej.
– Źle się dzieje – wymamrotał i nalał sobie kolejny kieliszek wódki. Wypił. Zapalił papierosa bez filtra. Zaciągnął się i wydmuchał gęstą chmurę dymu. Spojrzał w twarz żony. – Ale nic to. Nie nasza to sprawa. Niech się żrą – dodał, po czym przeniósł spojrzenie na dwójkę śpiących pod kocami dzieci.