Solaris
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

PRZYBYSZ

O dzie­więt­na­stej cza­su po­kła­do­we­go ze­sze­dłem, mi­ja­jąc sto­ją­cych wo­kół stud­ni, po me­ta­lo­wych szcze­blach do wnę­trza za­sob­ni­ka. Było w nim aku­rat tyle miej­sca, aby unieść łok­cie. Po wkrę­ce­niu koń­ców­ki w prze­wód wy­sta­ją­cy ze ścia­ny ska­fan­der się wy­dął i od­tąd nie mo­głem już wy­ko­nać naj­mniej­sze­go ru­chu. Sta­łem – czy ra­czej wi­sia­łem – w po­wietrz­nym łożu ze­spo­lo­ny w jed­ną ca­łość z me­ta­lo­wą skorupą.

Pod­nió­sł­szy oczy, zo­ba­czy­łem przez wy­pu­kłą szy­bę ścia­ny stud­ni i, wy­żej, schy­lo­ną nad nią twarz Mod­dar­da. Zni­kła za­raz i za­pa­dła ciem­ność, bo z góry na­ło­żo­no cięż­ki ochron­ny sto­żek. Sły­sza­łem ośmio­krot­nie po­wtó­rzo­ny świst mo­to­rów elek­trycz­nych, któ­re do­cią­ga­ły śru­by. Po­tem – syk wpusz­cza­ne­go do amor­ty­za­to­rów po­wie­trza. Wzrok przy­wy­kał do ciem­no­ści. Wi­dzia­łem już se­le­dy­no­wy kon­tur je­dy­ne­go wskaźnika.

– Go­tów, Ke­lvin? – roz­le­gło się w słuchawkach.

– Go­tów, Mod­dard – odpowiedziałem.

– Nie troszcz się o nic. Sta­cja cię od­bie­rze – po­wie­dział. – Szczę­śli­wej drogi!