Solaris
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Sta­łem pod wy­so­kim jak nawa, sre­brzy­stym le­jem. Po ścia­nach scho­dzi­ły pęki ko­lo­ro­wych rur, zni­ka­jąc w okrą­głych stu­dzien­kach. Od­wró­ci­łem się. Wen­ty­la­cyj­ne szy­by hu­cza­ły, wcią­ga­jąc reszt­ki tru­ją­cej at­mos­fe­ry pla­ne­tar­nej, któ­re wtar­gnę­ły tu pod­czas lą­do­wa­nia. Pu­ste jak roz­pę­kły ko­kon cy­ga­ro za­sob­ni­ka sta­ło na wpusz­czo­nej w sta­lo­we wznie­sie­nie cza­szy. Jego ze­wnętrz­ne bla­chy osma­li­ły się na brud­no­brą­zo­wy ko­lor. Ze­sze­dłem po ma­łej po­chyl­ni. Da­lej na me­tal na­spa­wa­no war­stwę chro­pa­we­go pla­sty­ku. Wy­tar­ła się do go­łej sta­li w miej­scach, wzdłuż któ­rych to­czy­ły się zwy­kle wóz­ko­we pod­no­śni­ki ra­kiet. Na­raz sprę­żar­ki wen­ty­la­to­rów za­mil­kły i na­sta­ła zu­peł­na ci­sza. Ro­zej­rza­łem się tro­chę bez­rad­nie, ocze­ki­wa­łem po­ja­wie­nia się ja­kie­goś czło­wie­ka, ale wciąż nikt nie nad­cho­dził. Tyl­ko neo­no­wa strza­ła po­ka­zy­wa­ła, pło­nąc, su­ną­cy bez­gło­śnie ta­śmo­wy prze­no­śnik. Wsze­dłem na jego płasz­czy­znę. Strop hali pięk­ną pa­ra­bo­licz­ną li­nią spły­wał w dół, prze­cho­dząc w rurę ko­ry­ta­rza.