Solaris
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

W dole prze­su­wa­ły się bez­gło­śnie czar­nia­we pa­gó­ry fal. W ścia­nach peł­no było po­otwie­ra­nych sza­fek. Wy­peł­nia­ły je in­stru­men­ty, książ­ki, szklan­ki z za­schłym osa­dem, za­ku­rzo­ne ter­mo­sy. Na brud­nej pod­ło­dze sta­ło pięć czy sześć me­cha­nicz­nych kro­czą­cych sto­li­ków, mię­dzy nimi kil­ka fo­te­li, okla­płych, bo wy­pusz­czo­no z nich po­wie­trze. Tyl­ko je­den był wy­dę­ty, z opar­ciem od­chy­lo­nym w tył. Sie­dział w nim mały, chu­der­la­wy czło­wiek z twa­rzą spa­lo­ną słoń­cem. Skó­ra zła­zi­ła mu ca­ły­mi pła­ta­mi z nosa i ko­ści po­licz­ko­wych. Zna­łem go. To był Snaut, za­stęp­ca Gi­ba­ria­na, cy­ber­ne­tyk. W swo­im cza­sie za­mie­ścił kil­ka wca­le ory­gi­nal­nych ar­ty­ku­łów w al­ma­na­chu so­la­ry­stycz­nym. Ni­g­dy go jesz­cze nie wi­dzia­łem. Miał na so­bie siat­ko­wą ko­szu­lę, przez któ­rej oczka wy­su­wa­ły się po­je­dyn­cze siwe wło­sy pła­skiej pier­si, i on­giś bia­łe, po­pla­mio­ne na ko­la­nach i spa­lo­ne od­czyn­ni­ka mi płó­cien­ne spodnie z licz­ny­mi kie­sze­nia­mi jak u mon­te­ra. W ręku trzy­mał pla­sty­ko­wą grusz­kę, taką, z ja­kich pije się na stat­kach po­zba­wio­nych sztucz­nej gra­wi­ta­cji.