Solaris
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Pa­trzał na mnie jak­by po­ra­żo­ny ośle­pia­ją­cym świa­tłem. Z roz­luź­nio­nych pal­ców wy­pa­dła mu grusz­ka i pod­sko­czy­ła kil­ka razy jak ba­lo­nik. Wy­la­ło się z niej tro­chę prze­zro­czy­ste­go pły­nu. Po­wo­li cała krew od­pły­nę­ła mu z twa­rzy. By­łem zbyt za­sko­czo­ny, żeby się ode­zwać, i ta mil­czą­ca sce­na trwa­ła, aż jego strach udzie­lił mi się w ja­kiś nie­po­ję­ty spo­sób. Zro­bi­łem krok. Skur­czył się w fotelu.

– Snaut… – szep­ną­łem. Drgnął, jak ude­rzo­ny. Pa­trząc na mnie z nie­opi­sa­ną od­ra­zą, wychrypiał:

– Nie znam cię, nie znam cię, cze­go chcesz…?

Roz­la­ny płyn szyb­ko pa­ro­wał. Po­czu­łem woń al­ko­ho­lu. Pił? Był pi­ja­ny? Ale cze­mu tak się bał? Sta­łem wciąż na środ­ku ka­bi­ny. Mia­łem mięk­kie ko­la­na, a uszy jak za­tka­ne watą. Ucisk pod­ło­gi pod sto­pa­mi przyj­mo­wa­łem jako coś nie­zu­peł­nie jesz­cze pew­ne­go. Za wy­gię­tą szy­bą okna mia­ro­wo po­ru­szał się oce­an. Snaut nie spusz­czał ze mnie prze­krwio­nych oczu. Strach ustę­po­wał z jego twa­rzy, ale nie zni­ka­ło z niej nie­wy­mow­ne obrzydzenie.

– Co ci jest…? – spy­ta­łem pół­gło­sem. – Cho­ry jesteś?