Solaris
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Wy­cze­ka­łem kil­ka­dzie­siąt se­kund ci­szy i po­no­wi­łem we­zwa­nia. I tym ra­zem nie otrzy­ma­łem od­po­wie­dzi. W słu­chaw­kach sal­wa­mi po­wta­rza­ły się trza­ski at­mos­fe­rycz­nych wy­ła­do­wań. Ich tłem był szum, tak głę­bo­ki i ni­ski, jak­by sta­no­wił głos sa­mej pla­ne­ty. Po­ma­rań­czo­we nie­bo w prze­zier­ni­ku za­szło biel­mem. Jego szkło ściem­nia­ło; od­ru­cho­wo skur­czy­łem się, na ile po­zwo­li­ły pneu­ma­tycz­ne ban­da­że, za­nim w na­stęp­nej se­kun­dzie po­ją­łem, że to chmu­ry. Jak zdmuch­nię­ta, ła­wi­ca ich ule­cia­ła w górę. Szy­bo­wa­łem da­lej raz w słoń­cu, raz w cie­niu, za­sob­nik ob­ra­cał się wzdłuż pio­no­wej osi i ol­brzy­mia, jak­by spuch­nię­ta, tar­cza sło­necz­na mia­ro­wo prze­pły­wa­ła przed moją twa­rzą, po­ja­wia­jąc się z le­wej i za­cho­dząc po pra­wej. Na­raz po­przez szum i trza­ski pro­sto w ucho za­czął ga­dać da­le­ki głos: