Solaris
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Po­szcze­gól­ne sło­wa prze­dzie­lo­ne były ułam­ko­wy­mi miauk­nię­cia­mi świad­czą­cy­mi o tym, że nie mówi czło­wiek. To było co naj­mniej dziw­ne. Nor­mal­nie, kto żyw, bie­gnie na lot­ni­sko, kie­dy przy­by­wa ktoś nowy, i do tego jesz­cze pro­sto z Zie­mi. Nie mo­głem się jed­nak dłu­żej nad tym za­sta­na­wiać, bo ogrom­ny krąg, jaki za­ta­cza­ło wo­kół mnie słoń­ce, sta­nął dęba wraz z rów­ni­ną, ku któ­rej le­cia­łem; po tym prze­chy­le na­stą­pił dru­gi, w prze­ciw­ną stro­nę; ko­ły­sa­łem się jak cię­żar ol­brzy­mie­go wa­ha­dła i wal­cząc z za­wro­tem gło­wy, zo­ba­czy­łem na wsta­ją­cym jak ścia­na prze­stwo­rzu pla­ne­ty – prę­go­wa­nym brud­no­li­lio­wy­mi i czar­nia­wy­mi smu­ga­mi – drob­niut­ką sza­chow­ni­cę bia­łych i zie­lo­nych kro­pek – znak orien­ta­cyj­ny Sta­cji. Za­ra­zem z trza­skiem ode­rwa­ło się coś od wierz­chu za­sob­ni­ka – dłu­gi na­szyj­nik pier­ścien­ne­go spa­do­chro­nu, któ­ry za­fur­ko­tał gwał­tow­nie; w od­gło­sie tym było coś nie­wy­po­wie­dzia­nie ziem­skie­go – pierw­szy po tylu mie­sią­cach szum praw­dzi­we­go wiatru.