Solaris
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Wszyst­ko za­czę­ło się dziać bar­dzo szyb­ko. Do­tąd wie­dzia­łem tyl­ko, że spa­dam. Te­raz to zo­ba­czy­łem. Bia­ło-zie­lo­na sza­chow­ni­ca ro­sła gwał­tow­nie, wie­dzia­łem już, że jest wy­ma­lo­wa­na na wy­dłu­żo­nym, wie­lo­ry­bim, sre­brzy­ście lśnią­cym kor­pu­sie, z wy­sta­ją­cy­mi po bo­kach igła­mi ra­da­ro­wych czuj­ni­ków, ze szpa­le­ra­mi ciem­niej­szych otwo­rów okien­nych, że ten me­ta­lo­wy ko­los nie spo­czy­wa na po­wierzch­ni pla­ne­ty, lecz wisi nad nią, cią­gnąc po atra­men­to­wo­czar­nym tle swój cień, elip­tycz­ną pla­mę ciem­no­ści jesz­cze głęb­szej. Rów­no­cze­śnie do­strze­głem na­bie­głe fio­le­tem bruz­dy oce­anu, któ­re ujaw­ni­ły sła­by ruch, na­raz chmu­ry ode­szły wy­so­ko, ob­ję­te na obrze­żach ośle­pia­ją­cym szkar­ła­tem, nie­bo mię­dzy nimi sta­nę­ło da­le­kie i pła­skie, bu­ro­po­ma­rań­czo­we i wszyst­ko się roz­ma­za­ło: wpa­dłem w kor­ko­ciąg.