Nie miał przyjaciół i pierwszy raz w życiu pojął, co to jest samotność. Czasem w nocy na poddaszu odrywał wzrok od czytanej właśnie książki i spoglądał w kąt pokoju, w którym światło lampki migotało pośród cieni. Jeśli wpatrywał się dostatecznie długo, mrok nabierał blasku i zaczynał przyjmować bezcielesne kształty, które wyobraźni podsuwała książka. Stoner miał wtedy wrażenie, że znalazł się poza czasem, tak jak na wykładzie u Archera Sloane’a. I przeszłość się wyłaniała ze swojej ciemnej kryjówki, a martwi wstawali z grobów na oczach Stonera, a dawne czasy i dawno umarli ludzie przenikali między żywych, Stoner zaś przez chwilę widział jasno, dokąd trafił, w wielkie, gęste natężenie, skąd nie mógł się wydostać i bynajmniej nie zamierzał. Spacerowali przed nim Tristan i Izolda; Paolo z Francescą wspólnie wirowali w cienistej poświacie; Helena i piękny Parys wynurzali się z pomroki z gorzkimi minami. Stoner czuł się przy nich zupełnie inaczej niż wśród znajomych ze studiów, którzy znaleźli swą przystań na dużej uczelni w mieście Columbia w Missouri i spacerowali sobie na świeżym powietrzu Środkowego Zachodu Stanów Zjednoczonych.