W rok na tyle dobrze poznał grekę i łacinę, że mógł już w nich czytać niezbyt trudne teksty; nierzadko oczy go piekły i robiły się czerwone z braku snu i ze zmęczenia. Przypominał sobie siebie sprzed tych paru lat i dziwiło go wspomnienie tamtego człowieka, burego i bezwolnego jak ziemia, skąd przybył. Myślał o swoich rodzicach, już prawie tak mu odległych jak dziecko, które zrodzili; miał dla nich pewne współczucie i trochę dawnej miłości.
Kiedyś po wykładzie, w połowie czwartego roku, Archer Sloane poprosił, żeby Stoner wpadł do niego na rozmowę w gabinecie.
Było to zimą; poranna mgła, snując się przy ziemi, spowiła uczelnię. Jeszcze w południe gałązki derenia mieniły się szronem, którym zaszły od wilgoci, a ciemną winorośl pnącą się wzwyż kolumn naprzeciwko Jesse Hall obwiodły kryształki lodu skrzące się w szarówce. Stoner miał już tak obdarty i sfatygowany szynel, że go nie założył, wybierając się z wizytą, pomimo mrozu na dworze. Cały trząsł się z zimna, gdy biegł wzdłuż chodnika i po wielkich schodach prowadzących do głównego gmachu uniwersytetu.