Nie mieli sąsiadów, a William nie miał rodzeństwa; trzymało ich razem to, że tyle było roboty. Wieczorem siadali w trójkę w małej kuchni przy lampce naftowej, wpatrzeni w jej żółty płomień; często po kolacji, zanim poszli spać, mijała godzina ciszy, w której było słychać tylko, kiedy ktoś poruszył się ospale na krześle lub belka pod stropem zatrzeszczała ze starości.
Dom postawiono mniej więcej na planie kwadratu, a niemalowane belki odrzwi i werandy już się zapadały. Od zewnątrz budynek przybrał z wiekiem barwy wysuszonej gleby: brązy i szarości przetykane bielą. Z jednej strony domu był podłużny salon, a w nim parę krzeseł i grubo ciosanych stolików, obok niego kuchnia, w której siadywali razem, gdy mieli chwilkę dla siebie. Z drugiej strony dwie sypialnie, w każdej metalowe łóżko o emaliowanej ramie białego koloru, krzesełko z oparciem, stolik, na nim lampa i miednica. Podłogi z surowych desek, starych, popękanych i nierówno ułożonych; pył wpadał w szczeliny, a matka Stonera codziennie go wymiatała.