Syn odrabiał lekcje tak, jak wykonywał domowe obowiązki, tyle że z mniejszym wysiłkiem. Kiedy wiosną 1910 roku skończył szkołę średnią, myślał, że teraz dostanie więcej do roboty w polu, wyglądało bowiem na to, że ojcu ostatnio idzie coraz wolniej i szybciej się męczy.
Lecz pod koniec wiosny, gdy wieczorem przyszli z pola, gdzie we dwóch plewili kukurydzę, ojciec powiedział Williamowi po kolacji:
– Tydzień temu wpadł agronom.
William podniósł głowę znad biało-czerwonej kraciastej ceraty, która równo zakrywała okrągły stół w kuchni. Nic nie odpowiedział.
– Mówi, że w Columbii otworzyli w wyższej szkole kierunek rolnictwo. Mówi, żebyś poszedł. Nauka trwa cztery lata.
– Cztery lata – odezwał się William. – Dużo to kosztuje?
– Mógłbyś pomagać za spanie i stołowanie – odpowiedział ojciec. – Matka ma kuzyna, który mieszka pod miastem. Dostałbyś książki i tak dalej. A ode mnie co miesiąc dwa lub trzy dolary.
William rozpostarł dłonie na ceracie, mętnie lśniącej w świetle lampy. Najdalej był w Boonville, dwadzieścia kilometrów od domu. Przełknął ślinę dla otuchy.
– Dacie sobie sami radę? – spytał.
– Poradzimy sobie z mamą. Połowę pola obsieję pszenicą. Mniej będzie przy tym roboty.