Nie wiedziała, czy Nathan też tak tęsknił do ich maleństwa. Nie wiedziała, czy też bał się, że Rywka nie zajdzie więcej w ciążę. Jak jego bratowa Pepi, która jeszcze przed wyjazdem do Ameryki też urodziła za wcześnie i razem z dzieckiem trafiła do szpitala, ale wyszła już z niego sama. Z tego, co opowiadał Nathan, ta strata przesądziła o ich wyjeździe. Z drugiej strony wiadomo, że w Ameryce są najlepsi lekarze od tych spraw.
Ale Ben i Pepi w listach pisanych równym pismem na firmowym papierze nigdy nie wspomnieli o ciąży czy dziecku. To w tych, które płynęły w przeciwnym kierunku (i możliwe, że mijały się gdzieś na morzu – myślała Rywka), Nathan swoim nerwowym charakterem pisma za każdym razem zawiadamiał brata o przyjściu na świat kolejnego Stramera i opisywał pozostałych. Może właśnie dlatego nie udawało im się przyjechać do Tarnowa. Mimo że byli przecież najbliższą rodziną. Za to ani razu nie zapomnieli włożyć do koperty pieniędzy.
Rywce łatwiej to było zrozumieć niż Nathanowi. Bo co, gdyby było odwrotnie? Gdybyśmy to my pozostali bezdzietni, a zza oceanu płynęłyby zamiast dolarów wieści o kolejnych amerykańskich bratankach i bratanicach? Jak byśmy się czuli?