Właściwie rodziła siedem razy. Pierwszy syn, Kuba, urodził się za wcześnie, bez rzęs i paznokci. Wyrzucała sobie, że niepotrzebnie w ciąży pomagała Nathanowi malować i urządzać ich pierwsze, mniejsze jeszcze od tego na Goldhammera mieszkanie. A raz nawet poślizgnęła się i upadła przed wejściem. Trzeba było zostać w łóżku. Zresztą to nie miało już znaczenia.
Była zima, opatulali go najcieplejszą pierzyną, ale to nie pomogło. Żył niecałe trzy tygodnie. Tak nienaturalne było urządzanie pogrzebu własnemu dziecku, chodzenie po śniegu za trumną własnego syna. Zmuszała się do łez. Nie mogła, dlatego zasłoniła twarz dłońmi. Żeby inni nie widzieli, że nie płacze.
Mała trumna nie była droga, ale i tak wydali na nią wszystko, co mieli. Pochowali Kubę pod murem cmentarza.
W nocy po pogrzebie obudził ją tłumiony płacz. Przytuliła się do Nathana i dopiero wtedy sama się rozpłakała.