Jeśli coś przywożę ostatnio z podróży, to wątpliwości. Kiedyś tak nie było. Wyjeżdżałem na trzy tygodnie do Etiopii, a po powrocie czułem się znawcą Afryki. Moje notatki z tamtych czasów pełne są kategorycznych stwierdzeń i jasnych podziałów. Tu niebezpiecznie, tu pięknie, tam bieda, tam rasizm, a tam nic ciekawego.
Można się z tego wyleczyć, gdy wraca się w te same miejsca kilka razy. Rok raptem minął, okolica niby ta sama, a jednak jakaś inna. Już się coś zmieniło, czas popłynął, zabrał jedno, a w to miejsce przyniósł nowe. Wtedy się okazuje, że te stare notatki starczały tylko na „wtedy”, a nie na „zawsze”. Teraz przywożę w notesie mniej wykrzykników, a więcej znaków zapytania.
Czasem w ogóle nie wiem, kim jestem tam, na końcu świata. Bywa, że reporterem, ustawowo beznamiętnym obserwatorem zdarzeń, w które ingerować nie wolno. Serce pęka, przed obiektywem obrazy takie, że żyć się odechciewa. Ale dziennikarze mówią, że każdy ma swoje zadania, że mam pokazywać niesprawiedliwość świata, a nie go naprawiać. Że od naprawiania są inni.