A może raczej powinienem odkrywać, na wszelkie sposoby próbować dotknąć „autentycznego” świata, czymkolwiek ten autentyzm miałby być? Zejść z utartego szlaku, odrzucić cały ten teatr przyszykowany dla turystów, poszukać głębiej. Dotrzeć tam, gdzie rzadko kto dociera. Cieszyć się wspólnie z poznanymi tam ludźmi, płakać z nimi, pomóc im może w biedzie. Żyć razem z nimi, a nie obok siebie.
Kto wyznacza granicę między tym, co należy, a czego wręcz nie wolno?
Może być też tak, że to wszystko jest bez znaczenia, bo nieważne, co zobaczę tam daleko. Ważne, jak widzą mnie tam ci, których spotykam na drodze. Coraz częściej czuję, że dla nich zawsze będę obcy, inny. Mimo wszelkich wysiłków i tak zobaczę tylko to, co zdecydują mi się pokazać. Wizję ich świata równie nieprawdziwą, jak wysprzątany na pokaz salon, gdy idą goście. Czasem ponętną, piękną, ujmującą, czasem obraz nędzy i rozpaczy, a czasem okrucieństwa. Czy zawsze jest tylko jedna prawda, którą można odkryć?