Czasem zdaje mi się, że nie do mnie się przysiadasz, tylko do tęsknoty mojej. Ale ci się nie dziwię. Czy właściwie tęsknota nie ważniejsza od człowieka? Może ona właśnie nadaje mu treść, może bez niej każdy to puste naczynie, wypełniane dopiero brakiem kogoś. Co rusz, jak siadamy na tych skałkach, przekonany jestem, że więcej jej nie zmieszczę, że więcej ci nic opowiadać nie będę. Strach mnie wtedy zdejmuje, że istnieć przestanę, a wraz ze mną Żerka.
Bez tej tęsknoty mojej przecież Żerki by dla ciebie nie było. Bo i dlaczego miałbym ci o niej mówić? Owszem, wciąż byśmy się tu spotykali, wciąż fajtalibyśmy nogami nad tym urwiskiem, ale o innych rzeczach byśmy rozprawiali. O, na pewno. Przecież przychodzisz stale. Jak tylko siadam, zaraz się pojawiasz. Czekałbym, nawet gdyby nie to moje wołanie do niej, gdyby nie ta twoja ciekawość do mnie.
Ja może też widzę Żerkę prawdziwiej teraz dopiero, jak ci o niej opowiadam. O niej, o nas. Może bez tej tęsknoty w ogóle bym jej nie zobaczył naprawdę? A może się mylę. Ona potrafiła żyć we mnie nawet bez tego.