Światłoczułość
Jakub Jarno — Literatura piękna

Już mało co mnie in­te­re­so­wało, a prze­cież świata nie zna­łem, sie­bie nie zna­łem. Ale wszyst­kich wo­kół tak. I już mnie tylko zaj­mo­wało, jak mó­wią, a nie co. Bo ni­czym nie mo­gli mnie za­sko­czyć, bo wciąż to samo ich tra­piło, bo się wo­kół tego krę­cili jak w ja­kimś ko­ło­wro­cie. Przy­szła jed­nak taka nowa, zni­kąd, z ca­łym ba­ga­żem in­no­ści, i nie chciała się nim dzie­lić.

To­też chyba bar­dziej o to cho­dziło, niż o to, że w ogóle go ma, że go przy­nio­sła.

– Czemu taka je­steś? – za­py­ta­łem.

– Jaka?

Za­to­czy­łem ręką krąg, jakby ta li­cha po­lana, na któ­rej że­śmy się znaj­do­wali, miała wszystko tłu­ma­czyć.

– Przy­cho­dzisz tak, ani dzień do­bry, ani nic, wpro­wa­dzasz te krowy i...

– Mu­szą jeść.

– I mogą wszę­dzie – od­po­wie­dzia­łem. – Czemu z nimi przy­szłaś tu­taj?

– Bo było mi po dro­dze.

– Skąd?

Wska­zała ręką kie­ru­nek, z któ­rego przy­szła.

Je­śli spra­wiało jej to wszystko ja­kąś przy­jem­ność, to znę­ca­nie się nade mną, nie da­wała tego po so­bie po­znać. Wtedy tak my­śla­łem. Te­raz wiem, że nie. Że chcia­łaby na­wet mó­wić wię­cej, ina­czej, ale nie umiała.