Już mało co mnie interesowało, a przecież świata nie znałem, siebie nie znałem. Ale wszystkich wokół tak. I już mnie tylko zajmowało, jak mówią, a nie co. Bo niczym nie mogli mnie zaskoczyć, bo wciąż to samo ich trapiło, bo się wokół tego kręcili jak w jakimś kołowrocie. Przyszła jednak taka nowa, znikąd, z całym bagażem inności, i nie chciała się nim dzielić.
Toteż chyba bardziej o to chodziło, niż o to, że w ogóle go ma, że go przyniosła.
– Czemu taka jesteś? – zapytałem.
– Jaka?
Zatoczyłem ręką krąg, jakby ta licha polana, na której żeśmy się znajdowali, miała wszystko tłumaczyć.
– Przychodzisz tak, ani dzień dobry, ani nic, wprowadzasz te krowy i...
– Muszą jeść.
– I mogą wszędzie – odpowiedziałem. – Czemu z nimi przyszłaś tutaj?
– Bo było mi po drodze.
– Skąd?
Wskazała ręką kierunek, z którego przyszła.
Jeśli sprawiało jej to wszystko jakąś przyjemność, to znęcanie się nade mną, nie dawała tego po sobie poznać. Wtedy tak myślałem. Teraz wiem, że nie. Że chciałaby nawet mówić więcej, inaczej, ale nie umiała.