Światłoczułość
Jakub Jarno — Literatura piękna

W końcu na chwilę na mnie spoj­rzała, jak­bym do­piero te­raz ją czymś za­cie­ka­wił.

– A co? – rzu­ciła.

– Cie­kaw je­stem.

– No ale dla­czego?

Sam nie wie­dzia­łem, to co mia­łem od­po­wia­dać? Bo była nowa, nie­spo­dzie­wana? Bo zna­łem we wsi każ­dego, nikt mnie ni­czym już nie za­ska­ki­wał? Wszy­scy żyli ra­zem, każdy każ­demu wtedy po­ma­gał, nie jak te­raz, że so­bie tylko. Ktoś miał fur­mankę, wiózł kanki dla tego i owego. La­tem wszy­scy szli do ko­goś na żniwa, je­sie­nią na wy­kopki. Jak ktoś nie po­szedł, a po­wi­nien, wszy­scy wie­dzieli. Za dużo czasu się spę­dzało z czło­wie­kiem z przy­padku, to po­wsze­dniał bar­dziej niż wszystko wo­kół.

Czę­sto cho­dzi­łem, żeby dać po­mocną dłoń. Raz tu, raz tam. Sze­dłem po­ma­gać sta­remu Wę­złow­skiemu przy kar­to­flach i bu­ra­kach, to za­wsze wie­dzia­łem, co usły­szę o tym, jak słu­żył w kor­pu­sie, jak jego córa po­szła na stu­dia, jak mu dach prze­cieka. Opo­rzą­dza­łem oborę ciotce Jance, to też wie­dzia­łem, co usły­szę. Uprzą­ta­łem obej­ście nie­do­ma­ga­ją­cej wdo­wie na końcu wsi, to i tam wie­dzia­łem, co usły­szę. Wsta­wa­łem rano na do­je­nie u nas, to wie­dzia­łem, ile mleka która da.