– W takim razie chcę kopię tego oświadczenia.
– Nie.
– Ma pan mój paszport?
– Najpierw pieniądze.
– Najpierw paszport, przyjacielu – podniosłem nieco głos, z czego dziś, gdy to wspominam, jestem bardzo dumny. – Nie zobaczysz żadnych pieniędzy, dopóki ja nie zobaczę swojego paszportu.
Inspektor wyjął mój paszport z kieszeni na przyrodzeniu i położył przed sobą. Splunął w kąt, wsadził do ust papierosa i podpalił go. Spojrzał wyczekująco.
Wyciągnąłem pieniądze i przeliczyłem przy nim.
– Zgadza się?
– Zgadza – odpowiedział.
Wyciągnąłem rękę z pieniędzmi, inspektor podniósł paszport i dokonaliśmy równoczesnej wymiany. Wyszedłem z pokoju, obrzucając inspektora najgorszym spojrzeniem białego wywyższenia, na jaki było mnie stać.
Do dziś nie wiem, czy to byli prawdziwi policjanci.1
– E TAM, wymyślił pan tę historię… – skwitował kierowca taksówki.
– Nie wymyśliłem, tak było naprawdę.
– No i co, najadł się pan strachu, a jednak nadal jeździ. Mówiłem panu, wojaże zmieniają człowieka. Ma czas, ma myśl, popatrzy sobie dookoła i na siebie też przy okazji popatrzy. Może dojdzie do jakichś wniosków. Każdy by się z panem zamienił. Dwadzieścia cztery złote.
– Może i ma pan rację. Reszta dla pana.