Swoją drogą
Tomasz Michniewicz — Książki podróżnicze i przewodniki

WCIĄGNĄŁEM DO PŁUC ŚWIEŻE POWIETRZE, jakbym odsiedział dziesięć lat, a nie kilka godzin. Nie miałem wprawdzie paszportu, ale wynegocjowałem – nadal horrendalnie wysoką – stawkę pięciuset dolarów i wyglądało na to, że sprawa znajdzie finał jeszcze tego samego dnia. Popędziłem do hotelu, w którym z mojej tajnej skrytki w plecaku, kieszeni zaszytej w najmniej oczywistym miejscu, wyciągnąłem swój zasób na czarną godzinę, który od lat bezpiecznie w niej sobie podróżował. Wróciłem na posterunek, żeby dokończyć formalności. Wszedłem przez skrzypiące drzwi do błękitnego pokoju i zobaczyłem inspektora, który siedział przy biurku. Oprócz niego nie było nikogo. Tłumy policjantów tak żywo zainteresowane moją sprawą gdzieś wyparowały i oto byliśmy na posterunku sami.

Odsunąłem krzesło, by na nim usiąść, twarzą w twarz z inspektorem.

– Chcę dostać jakieś pokwitowanie – odezwałem się spokojnie i rzeczowo – bo jak go nie dostanę, zgarniecie mnie za kilka minut z chodnika, pokażecie ten sam paragraf, a potem moje własne oświadczenie i powiecie, że mam zapłacić dwa tysiące.

– Z pokwitowaniem to będzie trwało tydzień przez departament i kosztowało dwa tysiące. Za pięćset nie ma pokwitowania.