Gdy przyszedłem do domu zapłakany, bo któryś z kolegów zrzucił mi plecak z okna na ulicę, polecił mi wrócić do szkoły i obić mu gębę. Miałem walić pierwszy i z całej siły, bo w przeciwnym razie przez całe życie będą mną pomiatać. Gdy przegrywałem mecz na podwórku i przychodziłem się przytulić, zawsze kazał mi przestać się mazgaić i podać zwycięzcy rękę, bo przegrywać trzeba z klasą. We wszystkim, co robiłem, wymagał perfekcji, bo jeśli miałem zamiar robić coś na pół gwizdka, lepiej nie zaczynać w ogóle.
Mój ojciec miał zawsze gotową odpowiedź na każde pytanie, obojętne jak trudne, choć często uważał, że tej odpowiedzi nie będę w stanie zrozumieć. Nauczył mnie wszystkiego, co wiem o życiu. Nie nauczył mnie tylko jednego – tego, że on sam też może się mylić.
– Dziwne miejsce wybrałeś – zaczął.
– Potrzebowałem dobrego tła do książki.
Jakby podkreślając scenerię, doświadczony sommelier siedzący w kącie, zakutany w śmierdzącą brudem kurtkę, zamamrotał coś basem i odstawił kieliszek z grubego szkła.
– To chyba jedyny możliwy powód – skwitował ojciec. – No nic, siadaj, napij się, pogadajmy, skoro chciałeś.
– Co u mamy?
– Nic nowego. A u was?
– Też po staremu.