W halnej wichurze – rzadkiej w początkach lata – zawodzący smętek przeplatał się z dudniącą dzikością jak dwa splątane korzenie wyniosłej limby; omamionym zmysłom zdawało się czasem, że wychwytują z tego zgiełku to góralskie gęśle, to fujary juhasów o twarzach spalonych słońcem, to gadkę snutą wokół nieconych przed szałasami watr.
Tej jednak nocy wybrzmiał dźwięk inny, groźniejszy jeszcze: z początku trzaskający cicho, potem coraz głośniejszy, aż buchnął pod niebo, podsycany wichrem. Był to, pełen piekielnych wizgów i łoskotów, huk pożaru. Pióropusze ognia unosiły się nad chatą, jakby z grobów powstali dawni zbójnicy-piekielnicy i tańcowali teraz krzesanego, zaiste mający zamiast obcasów krzesiwa, z których szły snopy iskier jak z fajerwerków. Buzujący żar wypalił już od środka i okna, i drzwi, tak że dom otwarty był na przestrzał, ogień zaś zdawał się jedynym jego lokatorem, rozpierającym się po izbie białej i po izbie czarnej jak letnik, który dla odmiany nie zamierza nikomu płacić, a tylko żreć, żreć i żreć.
Na szczęście Zofia Szczupaczyńska wybrała się do Zakopanego dwa tygodnie później, kiedy halny już minął.