Ekipa na parterze zaczęła demolować łazienkę, skuwając popękane płytki na ścianach i podłodze. Udało im się przy tym rozbić okno, więc zawołali nas na dół, żebyśmy pozbierali rozbitą szybę i uprzątnęli gruz. W piekielnym huku i pyle wrzuciliśmy kawałki szkła i cegieł na taczki i wywieźliśmy na zewnątrz. Prawie wykaszlałem sobie płuca i oskrzela, koszmarnie mnie dusiło; pył wydrapał mi błony śluzowe, w nosie i gardle czułem okropne szczypanie. Najchętniej zostalibyśmy na zewnątrz, Fero miał czerwone podrażnione oczy, a po policzkach ściekały mu stróżki łez. Z pewnością nie wyglądałem dużo lepiej, nie miałem najmniejszej ochoty wracać do epicentrum. Ale wystarczyła chwila zwłoki i z tej cholernej willi już odzywało się gwizdanie.
– Ruchy, inteligenciki, robota czeka! – wyśmiewali nas budowlańcy.
Przed tym koszmarem nie było ucieczki, myślałem o sejfie i odliczałem czas. Jeszcze czterdzieści pięć minut i zacznie się przerwa obiadowa.
Kaszel, skrzypienie kółka w taczce, wysypanie gruzu.
Gwizdanie z willi, kolejne docinki.
Jeszcze pół godziny.