Kiedy pozwalało mi na to kieszonkowe, zapraszałem Lily na herbatkę – jeszcze nie weszło w modę wyrażenie „na lunch” – do Tiendecita Blanca, cukierni o śnieżnobiałej fasadzie, ze stoliczkami i markizami na chodniku, serwującej ciastka rodem z tysiąca i jednej nocy – lukrowane biszkopty, pierniczki z białym nadzieniem, piononos – u zbiegu alei Larco, alei Arequipa i alei Ricarda Palmy, ocienionej koronami gigantycznych fikusów.