Od czasu kiedy zacząłem myśleć, marzyłem o tym, żeby mieszkać w Paryżu. Winę za to ponosił prawdopodobnie mój tato – i książki Paula Fevala, Jules’a Verne’a, Alexandre’a Dumasa i tylu innych, które podsuwał mi do czytania, zanim zabił się w wypadku, a ja zostałem sierotą. Powieści te nabiły mi głowę przygodami i przekonaniem, że we Francji życie jest smakowitsze, weselsze, piękniejsze i wszystko lepsze niż gdziekolwiek indziej. Dlatego choć uczyłem się już angielskiego w Instytucie Peruwiańsko-Północnoamerykańskim, wymogłem na ciotce Albercie, żeby zapisała mnie jeszcze do Alliance Française przy alei Wilsona, dokąd chodziłem trzy razy w tygodniu, żeby studiować język żabojadów. Chociaż lubiłem bawić się z kumplami z dzielnicy, byłem trochę kujonem, miałem dobre oceny i uwielbiałem języki obce.