Podróżować, podróżować, poznać wszystkie kraje świata, to by jej się najbardziej podobało. „No dobrze, przynajmniej znasz już dwa, Chile i Peru, czego więcej chcesz – mówiłem jej. – Porównaj to ze mną, który nigdy nie ruszyłem się poza Miraflores”.
Rzeczy, które Lily opowiadała o Santiago, wydawały mi się przedsionkiem paryskiego nieba. Z jaką zazdrością jej słuchałem! Tam – inaczej niż tu – na ulicach nie było biedaków ani żebraków, chłopakom i dziewczynom rodzice pozwalali zostawać na fiestach do świtu, tańczyć cheek to cheek, i nigdy nie widywało się, żeby – jak tutaj – starzy, mamusie i ciocie, szpiegowali młodych podczas tańca i strofowali ich, gdy przebrali miarę. W Chile chłopaków i dziewczyny wpuszczano na filmy dla dorosłych i po ukończeniu piętnastu lat mogli palić, nie kryjąc się z tym. Życie było tam bardziej rozrywkowe niż w Limie, ponieważ było więcej kin, cyrków, teatrów i spektakli, i tańców z orkiestrami, a ze Stanów Zjednoczonych przyjeżdżały bez przerwy do Santiago rewie łyżwiarskie, balety, muzycy, i w każdym zawodzie Chilijczycy zarabiali dwa albo trzy razy więcej niż Peruwiańczycy tutaj.