Owego lata tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego wydarzyły się niezwykłe rzeczy. Dorsz Lañas oświadczył się po raz pierwszy dziewczynie – rudej Seminauel – a ta, ku zdziwieniu całego Miraflores, powiedziała „tak”. Dorsz zapomniał o tym, że kuleje, i chodził po ulicy, wypinając pierś jak co najmniej Charles Atlas. Tico Tiravante zerwał z Ilse i oświadczył się Lauricie, Víctor Ojeda oświadczył się Ilse i zerwał z Inge, Juan Barreto oświadczył się Inge i zerwał z Ilse. Dzielnica tak przegrupowała się uczuciowo, że chodziliśmy jak błędni, ludzie odkochiwali się i zakochiwali na nowo, a przy wyjściu z sobotnich imprez pary nie zawsze były te same co przy wejściu. „Co za nieobyczajność!” – gorszyła się moja ciotka Alberta, z którą mieszkałem po śmierci rodziców.
Fale kąpielisk Miraflores załamywały się dwa razy w oddali, pierwszy raz dwieście metrów od plaży, i aż tam dopływaliśmy, my, śmiałkowie, i lecieliśmy na ich grzbietach jakieś sto metrów, do miejsca gdzie zamierały, kotłowały się, rozpryskując w powietrzu, i rozbijały ponownie, a drugi przybój zanosił nas, mknących na falach, na kamyki plaży.