Klnąc pod nosem po raz enty tego ranka, na moment przymknęłam powieki.
– To nie twój interes, Blackford, ale nie jestem bezradna, jasne? I sypiam dobrze. Nie, właściwie to nigdy nie sypiałam lepiej.
Co szkodziło jeszcze jedno kłamstwo na szczycie stosu kłamstw, które dźwigałam, hm? Wbrew temu, co właśnie powiedziałam, czułam się bezradna i zdesperowana, żeby znaleźć kogoś, kto poleci ze mną na to wesele. Ale to nie oznaczało, że…
– Jasne.
O ironio, ze wszystkich cholernych słów, które Aaron Blackford wypowiedział tego ranka do tyłu mojej głowy, to jedno złamało moje postanowienie, że będę udawała obojętność.
To „jasne”, protekcjonalne, zblazowane, na odwal się i tak bardzo typowe dla Aarona.
Jasne.
Krew we mnie zawrzała.
To był impuls, odruchowa reakcja na pięcioliterowe słowo – które wypowiedziane przez kogokolwiek innego nie oznaczałoby nic – więc zdałam sobie sprawę, że moje ciało się obraca, dopiero gdy było już za późno.
Z powodu niespotykanego wzrostu Aarona powitała mnie szeroka pierś okryta wyprasowaną białą koszulą, a mnie świerzbiły palce, żeby złapać tkaninę w garść i ją zgnieść, bo kto paraduje przez życie tak nieustannie elegancki i nieskazitelny? Aaron Blackford – ot, kto.